Był taki jeden Maciej (dobrze kojarzycie [kojarzycie w ogóle?]), który zaprosił mnie kiedyś na Jasną Górę... Z perspektywy czasu nie wiem w sumie po co wybrał to miejsce skoro szczególnie religijnym nie był... Niemniej 'dzisiejszy' zaprosił mnie do kościoła na spotkanie pewnego ruchu tzn. nie do końca mnie zaprosił. Nie miał jak dojechać na umówione spotkanie, a że mi zależy (chyba) i tęsknie (serio, ja tęsknie?) zaoferowałem się, że go podrzucę kilkadziesiąt kilometrów dalej. A skoro byłem tak blisko świątyni Pana to nie wypadało nie wejść. Msza jak msza... Konserwatywnie nudna i przewidywalna. Ale samo spotkanie ruchu/oazy... WOW!
Wolne elektrony, głos ludzi połączony z cudowną muzyką unoszącą się z instrumentów wszelakich i minimalna rola kapłana zrobiło swoje. Uświadomiłem sobie jak daleko dziś jestem od tego miejsca, a jak blisko byłem kiedyś. Wreszcie owe spotkanie pozwoliło mi na osobistą, przez nikogo wymuszoną modlitwę. Doświadczenie epickie, a on sam zyskał zaś w moich oczach jeszcze bardziej...
przez chwilę zastanawiałem się czy na dobry blog trafiłem, ear w kościele, koniec świata bliski... :D
OdpowiedzUsuńteż czuję, że koniec zbliża się nieuchronnie... tyta spakowana? :D gotowy na pierwszy dzwonek? :D
Usuńtak, tak, ja zawsze gotowy :D:D:D
Usuńlodowy zuch :D
Usuń